A instagram to moja Biblia…


Bez kategorii / niedziela, Sierpień 5th, 2018

 

 

– To ja dla Was jestem niemiły??????

– To ja Wam każę iść spać o 20:00 po Psim Patrolu? Nie! Ja bym Wam pozwolił siedzieć do nocy!

– To ja Wam nie chce czegoś kupić? To nieprawda, bo ja bym Wam kupił wszystkie zabawki jakie tylko chcecie!

– To Wy mi nie pozwalacie oglądać Star Wars. Ja bym Wam na to pozwolił.

– Więc kto ku jest niemiły? Wy!

Nawet nie wiem od czego zacząć… bo niemal wszystko sobie inaczej wyobrażałam. No może małego bruneta z czekoladowymi oczami, którego sobie urodziłam i wizję zamieszkania w samym centrum miasta, bo wszystko inne? Zupełnie inaczej.

Myślałam, że jak mi się już przytrafi dziecko, to tylko będę lepiej zorganizowana, bo przecież czas porządków już nie może być tylko przy sobocie, ale tak codziennie powinien, bo mój kołtunizm by na to nie pozwolił, żeby do domu spraszać gości, kiedy taki rozgardiasz w chałupie. Ale nic… znalazłam na to radę: stałam się niegościnna, a na spotkania umawiałam się zazwyczaj na spacery czy place zabaw. A to latanie po galeriach? Kiedy tylko chciałam i ile chciałam. A po urodzeniu dziecka coś niby by się miało zmienić? Przecież między wieszakami plątało się tyle matek, nawet w noworodkami sobie grzecznie leżącymi w wózeczkach. A moje? Moje to miało alergię na wózek głęboki i spacerówkę i od 11 miesiąca życia korzystało tylko ze swoich nóżek, a jak gdzieś po drodze wpadło w sidła Morfeusza, to miałam zafundowaną siłkę gratis. No i nici z tej nieszczęsnej galerii, bo po tatusiu to miało zakorzenioną niechęć do włóczenia się po sklepach. Ewentualnie plac z kulkami się nadarzył.

W okresie niemowlęcym mimo oczywiście nieprzespanych nocy jeszcze i tak tryskałam energią, bo to jednak taka nieopisana radość, że dziecko zdrowe, świetnie się rozwija, a że od początku wydawał się małym dyktatorem to już wydawało mi się do spacyfikowania w przyszłości. Nawet pamiętam jak poprosiłam o książkę, taka wiecie na czasie, ze wskazówkami jak wychowywać, jak mówić, żeby dzieci Ciebie słuchały jak do nich mówisz itp. Przeczytałam jednym tchem i potem jeszcze wracałam co roku do tego poradnika. Jedna z porad zarówno z książki jak i mojej koleżanki Gosi było dawać dziecku wybór. Pytając np.: poukładasz zabawki czy schowasz kredki do pudełka? Taka dumna i sprytna się poczułam, ale tylko przez moment. Najpierw złote rady chciałam przetestować na Pawle: wyrzucisz śmieci teraz, bo już nie ma miejsca na nowe czy naprawisz mi mi ten zawias w szafce, bo nie da się tych drzwi domknąć? „Nie teraz, później” – usłyszałam. I generalnie każda taka próba zapędzenia do jakiejkolwiek czynności kończyła się fiaskiem. No, ale mój narybek, kochany urwisek przecież ma jeszcze taki mało cwany móżdżek, więc on się dostosuje 🙂 I tak co roku próbowałam i tak samo z marnym skutkiem co z dużym Pawłem. Stosowałam tez inne rady, ale efekt ten sam. Więc co działa?

To, co na nich obojgu działa to niestety jest to samo: pochwały. Trzeba mówić: „kochanie, nikt tego nie potrafi zrobić lepiej od Ciebie”, „jak dobrze, że mi pomożesz, bo bez Ciebie nie dałabym sobie rady”, „mój kolega  by sobie z tym nie poradził, a Ty? nie dość, że umiesz to zrobić i to jeszcze jak szybko!”. Tak… problem tylko w tym, że kij  mi staje w gardle, jak mam tak słodzić, kadzić, wymyślać dyrdymały. To, że niemal każdy, szczególnie płeć męska jest łasa na komplementy wiedzą wszyscy, ale takie ciągłe wychwalanie wykończy mnie mentalnie, a nawet czasami mi uwłacza, bo ile razy mam prosić i wielbić i przy tym udawać większą blondynkę niż jestem.  I jak to się kończy? Bałaganem, strachem, że ktoś niezapowiedziany nas odwiedzi, ale i zapowiedziany również. Jeśli żyjesz w M2 z  typowymi samcami alfa to uwierz mi, że tutaj każdy tak samo intensywnie walczy o swoje prawa, bo ja typowy baran też uparta jestem permanentnie i już nie daję sobie w kaszę dmuchać.

Albo taki obrazek: dziecko sobie siedzi przy stoliczku, rysuje i koloruje kredkami, pierwszą, drugą i kolejna kolorowankę,  a ja w tym czasie siedzę na kanapie, piję pyszną kawę i tak sobie spokojnie myślę jak ciekawie zorganizować dziecku czas. Tak… minęło 5 lat i nadal mam tak jak dopiero zaśnie. Myślałam, że będę jak te insta-matki: pięknie wyglądać, mieszkanie na wypasie, wszystko jak z żurnalu, szczęśliwe z dzieckiem na rękach, delektujące się fit napojami  i żywności, zawsze modnie odzianymi i roztaczającymi swoje uczucie do dziecka na każdym nowo dodanym obrazku. Rozczulające, ale niestety takie nierealne.

Wracam po 17:00 do domu, ale najpierw pędzę zdyszana do przedszkola i modlę się, żeby tej 17:00 nie przekroczyć, bo jest kara, a dziecko już od czasu podwieczorku tak głodne, że chciałoby mi rękę odgryźć. Daje w aucie jedzenie. Wiem, wiem co o mnie teraz pomyślicie. Ale zawsze tak robię. Wpadam do domu, szybko jakiś obiad i wypad na dwór. I tak codziennie…. plaża, place zabaw, rundy po sklepach, naciąganie na gofra, lody, frytki czy kolejnego hot wheelsa. Tak często daję się przekabacać, bo sobie tłumaczę, że mało już czasu poświęcam młodemu, to już mu to jakoś wynagrodzę. I tak przemierzam kolejne wyspy skarbów, kryjówki rabusiów, komisariaty policji, straże pożarne, parki linowe, lodziarnie i gdyński Infobox plus zapiekanki schrupane na leżakach przy skrzyżowaniu Świętojańskiej z 10 Lutego. Powroty do ukochanego domu są mniej entuzjastyczne, bo sterta ubrań do prania rośnie, a wygniecione ciuchy po praniu się same nie wyprasują, samo odkurzającej roomby się jeszcze nie dorobiłam, a pani do ogarynania chałupy tym bardziej. Potem kolacja, irytacja przy wyliczaniu skutków niemycia zębów, pacierz znowu na siedząco i ta kolejna licytacja ile jeszcze książek czy gazet  do przeczytania w łóżku przed zaśnięciem. Później już tylko muszę nadziać się na rozproszone po dywanie drobne lego, pokwiczeć po ciuchu z bólu i oznajmić, że jak jutro ich nie schowa to wyrzucę lub dam innym dzieci. Jeszcze tylko zaparzyć melisę i już można  posiedzieć na babskich stronach w necie. Wtedy odpalam rzeczony instagram, a tam znowu coś majestatycznie podanego na pozłacanej tacy, kusi, zachęca mega zdrowym składem, a potem ta beza z mascarpone z malinami i porzeczkami na wierzchu i już czuję jak ją jem z Martą i później nam idzie to w boczki, następnie obcinam te fit panienki z pięknymi brwiami, na które wciąż nie mam odwagi i te nieskazitelne makijaże jak u Pocahontas i ich figury jakby je ciosał Fidiasz albo to efekty paru godzin na siłce, na którą nie mam ochoty i brak mi wytrwałości. Potem tylko parę fotek z aranżacjami wnętrz, tak po to by się dobić, żeby sobie tylko uświadomić, że moje jest urządzone bez polotu i jeszcze na dokładkę podróże tych  ludzi w moje wymarzone i nieosiągalne miejsca. Zamykam insta. Jestem już dostatecznie dobita. Powinnam już dawno spać, a conajmniej nauczyć się wreszcie robić hiperłącza, nie przejmować się tą stertą ubrań i padać przed północą, bo ten olx, allegro, bo te instagramy, bo jednym okiem Netflixa odpaliłam, a rano zaspana po omacku wyszukuję z szafy tylko te ubrania, do których nie trzeba wyciągać żelazka.

2 Replies to “A instagram to moja Biblia…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *